Tarczyńscy – diabelsko futbolowa rodzina

19 października oficjalnie zakończył się ósmy sezon rywalizacji w Polskiej Lidze Futbolu Amerykańskiego. Finał PLFA 2, w którym Królewscy Warszawa pokonali Devils Wrocław był zarazem ostatnim meczem w historii Diabłów. Korzystając z nostalgicznego nastroju jaki ogarnął nas po gwizdku sędziowskim kończącym sezon 2013 postanowiłem przypomnieć wszystkim czytelnikom bloga wywiad, który w maju tego roku przeprowadziłem z trójcą Tarczyńskich, ojcem Jackiem, a także synami, Dawidem oraz Tomkiem. Tekst został opublikowany w czerwcowym wydaniu magazynu Extra Point. Chociaż odpowiedzi na kilka pytań straciły już aktualność, to nie chciałem ciąć spójnej całości w której, mam nadzieję, znajdziecie sporo perełek i interesujących smaczków. Zapraszam do lektury życząc każdej drużynie swojej własnej firmy Tarczyński.

- – – – -

foto - Marcin Fijałkowski / Extra PointZa oceanem futbol i biznes to połączenie tak naturalne, że niemal niezauważalne. Również w Polsce nowa, dynamicznie rozwijająca się dyscyplina sportu zaczyna wzbudzać coraz większe zainteresowanie inwestorów. Jednym z pionierów mariażu biznesu z futbolem w kraju jest Jacek Tarczyński, właściciel mięsnego imperium sygnowanego marką Tarczyński S.A., który od kilku lat jest głównym sponsorem Devils Wrocław. Z nim, a także z grającymi w barwach Devils synami, Dawidem i Tomaszem rozmawia Dawid Biały o biznesowych perspektywach rozwoju PLFA, zarządzaniu klubem Topligi, a także o… kabanosach. (foto: Marcin Fijałkowski/Extra Point)

Kto w rodzinie Tarczyńskich rozpoczął modę na futbol?

Jacek Tarczyński: Dawid, więc to on powinien zacząć…

Dawid Tarczyński: Trenowałem piłkę nożną w regionalnym klubie A klasy w Sułowie, a po zmianie miejsca zamieszkania i przeprowadzce do Wrocławia zacząłem szukać czegoś innego. Podczas studiów nie chciałem rezygnować ze sportowego trybu życia, ale jeśli chodzi o dyscyplinę potrzebowałem zmiany. Miałem wcześniej kontakt z amerykańskimi sportami za sprawą cioci mieszkającej na stałe w Kanadzie…

Tomasz Tarczyński: Chociaż tam graliśmy bardziej w hokeja.

DT: Tak, ale chodzi mi bardziej o ich podejście do sportu, które różni się od europejskiego. W każdym razie trafiło na futbol. Znalazłem dwie drużyny: The Crew i Devils i świadomie wybrałem „underdoga”. The Crew miało już wtedy na koncie start w pierwszym sezonie PLFA, a Devils dopiero się przygotowywali do rywalizacji.

Uprzedziłeś moje pytanie. Dlaczego wybór padł na Devils?

DT: Pierwszy raz pojawiłem się na treningu w styczniu 2007 roku. To był w pełni świadomy wybór, aby trenować w drużynie, która w tamtym czasie była mniej popularna i generalnie uznawana za tę o wiele słabszą. Poza tym to dla mnie był pierwszy kontakt z futbolem i wolałem wybrać ekipę z mniejszym doświadczeniem mając nadzieję, że tam szybciej przebiję się do składu i nie będę aż tak bardzo odstawał poziomem od grających już zawodników. Wtedy nie znałem jeszcze historii drużyn, nie wiedziałem, że Devils tak naprawdę byli pierwsi, ale generalnie uważałem, że to będzie dobre miejsce dla początkującego. Inna sprawa to szeroko rozumiany lans, który już wtedy towarzyszył The Crew. To jest postawa, z którą nigdy nie było mi po drodze.

Tak się złożyło, że obydwaj gracie w ofensywie. Czy to przypadek, czy geny Tarczyńskich zobowiązują do ataku?

DT: Coś w tym jest. Trenując jeszcze piłkę nożną byłem napastnikiem, ale mój pierwszy trening i kontakt z drużyną futbolową wyglądał zupełnie inaczej. Byłem chudy, a do tego doszły jeszcze stresy związane ze zmianą szkoły, miejsca zamieszkania i na pewno nie prezentowałem imponującej sylwetki. W związku z tym, że miałem przeszłość piłkarską to na początku byłem kickerem. Później, po jakimś czasie, okazało się, że całkiem nieźle łapię piłkę, a do tego wraz z Karolem Mogielnickim, który dołączył do drużyny mniej więcej wtedy kiedy ja, byliśmy najszybszymi graczami w Devils. To naturalnie doprowadziło do przesunięcia mnie na pozycję skrzydłowego.

TT: Ja z kolei do drużyny dołączyłem mniej więcej pół roku po bracie. Byłem wtedy jeszcze w liceum, a za sobą miałem grę w kosza, i na piłkarskiej bramce. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz przyszedłem na trening ówczesny trener Michał Różycki zapytał mnie ile ważę, a wtedy było to trochę ponad 100 kg. Od razu ustawił mnie na deficytowej wtedy pozycji fullbacka. Dostałem piłkę i kask i stanąłem naprzeciw kilku liniowych. Pobiegłem i udało mi się przewrócić wszystkich…

DT: Z rozbawieniem wspominam artykuł, bodajże po meczu z Husarią, w którym pisano o gigantycznym 105-kilogramowym fullbacku Devils.

TT: To było 20 kg temu.

DT: Z perspektywy dzisiejszej Topligi i rozwoju PLFA brzmi to śmiesznie, ale dokładnie tak wtedy pisano.

Znamy już futbolowe początki synów, teraz pora aby dowiedzieć się kiedy ich ojciec rozpoczął przygodę z Devils?

JT: Synowie trenowali, grali i zaprosili mnie na mecz. Spodobało mi się. Pierwszy raz widziałem mecz futbolu amerykańskiego i od początku chciałem wspierać chłopaków w ich pasji. Pomimo niechętnej postawy mojej żony oraz teściowej, które do dzisiaj uważają, że gra w futbol wiąże się ze zbyt dużym ryzykiem kontuzji.

DT: Właśnie ta obawa o zdrowie była też pierwszą motywacją ojca do finansowego zaangażowania w klub, bo tata zdecydował o zasponsorowaniu drużynie ubezpieczenia.

Jak to było z tym kluczowym postanowieniem o wspieraniu Devils? Synowie naciskali, czy zadecydowały inne czynniki?

JT: Właśnie wręcz przeciwnie. Szczerze? To raczej hamowali mnie przed inwestycją w klub i mówili, że jeśli już chcę przekazywać na działalność jakieś pieniądze to mam to robić bardzo ostrożnie.

DT: Już wcześniej grałem w klubie, który w jakimś stopniu sponsorował ojciec i szczerze chciałem możliwie najbardziej odwlec moment kiedy wszyscy w klubie dowiedzą się, że Tarczyński to ten Tarczyński i nie ma mowy o zbieżności nazwisk. Taka z dzisiejszej perspektywy śmieszna historia. Przez pierwsze miesiące na treningi podjeżdżałem Mercedesem po rodzicach, który może nie był jakimś super nowym autem, ale na pewno wzbudzał zainteresowanie, szczególnie jeśli kieruje nim dwudziestolatek. Nie chciałem być przez chłopaków z drużyny zaszufladkowany, jako „dziany” i parkowałem gdzieś tam 200 metrów dalej od miejsca gdzie trenowaliśmy. Tak naprawdę chyba rok minął zanim wszyscy skojarzyli fakty, ale zanim to nastąpiło byłem w 100% incognito i mogłem skupić się na spokojnym trenowaniu.

TT: Dopiero później rozpoczęły się pierwsze etapy współpracy: wykupienie ubezpieczenia, brakującego sprzętu, itp.

Znamy sztampową sytuację z amerykańskich filmów. Potentat naftowy sponsoruje drużynę gdzieś tam w Teksasie i wszystko musi być pod jego dyktando, od ruchów kadrowych zaczynając, na taktyce i boiskowych decyzjach kończąc. Jak to wygląda w Devils?

TT: Dla niektórych z boku może to tak wyglądać, że ojciec wykłada pieniądze, więc synowie mają grać, ale prawda jest taka, że występujemy tylko wtedy, jeśli na to zapracujemy na treningach i prezentujemy wystarczająco wysoki poziom. Ja na przykład wracam teraz po kontuzji kostki i nie chciałbym nawet wchodzić od razu do pierwszego składu, bo wiem, że nie jestem jeszcze na to gotowy fizycznie.

JT: No właśnie, za mało chodzisz na siłownię ostatnio.

TT: Nie mam czasu, potrzebuję więcej wolnego od pracy.

JT: Nie ma wolnego, trzeba łączyć pracę z siłownią i przyjemnościami.

DT: Gdybyśmy słabo grali to tata byłby pierwszym, któryby powiedział, że mamy siedzieć na ławie. Nie ma mowy o żadnej taryfie ulgowej, a decyzję o tym kto gra, a kto nie, zawsze podejmuje trener. Ojciec może najwyżej służyć radą w kwestiach biznesowych dotyczących rozwoju klubu.

Po edycji 2009 nastąpił moment przełomowy dla Devils, który w konsekwencji doprowadził do perfekcyjnego sezonu 2010 i zdobycia pierwszego mistrzostwa.

DT: Po słabym roku, który zakończyliśmy, na szczęście wygranym, meczem barażowym z Torpedami Łódź usiedliśmy i szczerze porozmawialiśmy. Chwila refleksji była bardzo potrzebna, bo choć w sezonie mieliśmy ustabilizowany sztab szkoleniowy, to nie wszyscy zawodnicy dawali przykład swoim zaangażowaniem. W tamtym momencie były przed nami dwie opcje, albo pozostajemy mierną drużyną i dalej bawimy się w futbol, albo każdy związany z nią w jakikolwiek sposób zaczyna temat traktować poważnie. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to był największy przełom. Podjęliśmy decyzję, że chcemy to robić „na poważnie” i to był też sygnał dla firmy Tarczyński, która od tego momentu zaangażowała się finansowo na dużo większym poziomie niż do tej pory.

JT: W drużynie jest tak jak w firmie. Jeśli chcemy się z nią identyfikować i tworzyć jej sukcesy – każdy musi być zaangażowany wykonując swoje obowiązki najlepiej jak potrafi. Jeśli ktoś angażuje się na pół gwizdka nie ma mowy o sukcesie. Od początku widziałem w Devils mistrzowski potencjał, ale dopiero gwarancja pełnego zaangażowania i wynikająca z niej postawa tak na treningach, jak i w meczach była dla mnie jasnym sygnałem, że warto zainwestować.

TT: Nie możemy zapominać o dodatkowych aspektach. Liga zaczęła rozwijać się w bardzo szybkim tempie, a mięsny wizerunek naszej firmy można idealnie połączyć z futbolem.

W związku z tym pytanie dotyczące internetowego „trash talku i hejtu” kierowanego w Waszą stronę. Czy nazywanie Devils kabanosami wzbudza dodatkową agresję, czy też totalnie nie zwracacie uwagi na tego typu docinki?

TT: Internetowe napinki dla mnie osobiście nie mają żadnego znaczenia. Gorzej, jeśli ktoś powie mi to w twarz podczas meczu, wtedy pokazuję takiej osobie, że się zdenerwowałem. Co ciekawe jeden z zawodników, który celował w tego typu docinkach jest teraz u nas w drużynie. Mowa oczywiście o byłym zawodniku Rebels, Arkadiuszu Kanickim, który często nazywał mnie „mięsnym jeżem”. Tych docinków było zresztą o wiele więcej: boczek, kotlet, wymieniać można by długo: cały mięsny zestaw.

DT: Kabanosy i nasza drużyna pojawiły się też w kilku memach. Traktujemy to po prostu jako dodatkową reklamę firmy.

Reklamy kabanosów w internetowych transmisjach meczów Devils to jednak kolejny element na drodze wzmacniania tego wizerunku…

JT: Naprawdę dajemy nasze reklamy w transmisjach?

Widzę, że szef nawet nie wiedział…

DT: Derby oglądało ponad trzy tysiące ludzi, a my mamy fajne reklamy więc doszliśmy do wniosku, że to może być ciekawy pomysł. Doszły do mnie informacje, że pojawiają się one podczas transmisji trochę za często, więc ten aspekt musimy trochę dopracować, ale generalnie uważam, że to jest dobre rozwiązanie. Zresztą pomysł nie jest nowy, zaczerpnęliśmy go z Raiders TV. Inną sprawą jest fakt, że bardzo podoba mi się kooperacja Tirol Raiders z tymi właściwymi Raidersami z Oakland gdzie na stronie drużyny NFL są linki do europejskiego teamu itp. Gdyby udało się nawiązać tego typu współpracę z jakąkolwiek drużyną NFL to byłby to jedyny przypadek kiedy moglibyśmy zmienić nazwę drużyny, bo niestety za oceanem Devils są co najwyżej na poziomie NCAA.

A propos nazwy. Czy firma Tarczyński ma zamiar pojawić się gdzieś pomiędzy Devils, a Wrocław?

TT: Nie myśleliśmy nawet o tym. Bez przesady…

JT: Pewnej nocy, podczas srebrnego wesela (mojego i żony) zaczęliśmy dyskusję ze znajomym księdzem, któremu bardzo nie spodobała się nazwa Devils. Wypowiadał się kategorycznie, że nazwę trzeba zmienić. Nie pamiętam dokładnie, jakich argumentów użyliśmy, ale ksiądz nad ranem był już przekonany, a skoro już hierarchowie zaakceptowali Devils to tak musi zostać.

Z dna piekieł wróćmy do biznesu. Wchodząc do ogromnej siedziby firmy Tarczyński jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest manekin w stroju futbolisty Devils…

JT: Klienci firmy coraz bardziej zaczynają zwracać uwagę na obecność futbolu amerykańskiego w naszych działaniach. Prowadzimy stały monitoring mediów i zauważamy, że futbol wpływa pozytywnie na rozpoznawalność marki. Wiadomo, że na razie sponsorowanie niszowej dyscypliny to wciąż jest mecenat i nakłady dalej przewyższają wizerunkowy zysk, ale z każdym sezonem jest on coraz większy, tak więc warto to kontynuować.

DT: Pomijając oczywiste skojarzenia dużych facetów i męskiego sportu, który pasuje do naszych mięsnych produktów, inwestując w futbol wzmacniamy wizerunek firmy, która nie boi się nowych pomysłów. Tak jak Plus kojarzony jest z siatkówką, a np. Enea z żużlem, my chcielibyśmy być kojarzeni z futbolem.

Jak z perspektywy właściciela dużego przedsiębiorstwa ocenia pan rozwój PLFA?

JT: Jest wiele klubów, które przechodzą metamorfozę podobną do tej, którą Devils przeszli po sezonie 2009. Zespoły coraz bardziej stawiają na rozwój organizacyjny i z dużym zainteresowaniem obserwuję to, co dzieje się w Warszawie, czy Gdyni. Te kluby wykonały gigantyczny skok jakościowy i ich znakomite wyniki sportowe w poprzednim sezonie nie są przypadkowe. Stabilizacja finansowa po nawiązaniu współpracy ze sponsorami, plus stabilizacja na ławce trenerskiej i w składzie. To wszystko sprawia, że liga idzie w dobrym kierunku.

Jak widzi Pan przyszłość ligi?

JT: Życie produktów tym się charakteryzuje, że po okresie szybkiego rozwoju przychodzi moment normalizacji i myślę, że taki moment może wkrótce nadejść dla ligi. Od tego, jak za dwa, może trzy lata ligowe władze sobie z tym poradzą zależeć będzie dalszy ciąg: czy wrócimy na tor dalszego rozwoju, czy też nastąpi zastój. Chciałbym podkreślić, że jestem pod dużym wrażeniem tego, jak pomimo kryzysu radzą sobie kluby oraz jak liga w tych trudnych czasach nie zwalnia tempa rozwoju. Uważam, że praca włożona w wypromowanie nowego sportu w ciągu ostatnich kilku lat opłaciła się, a stale rosnąca popularność futbolu w Polsce to ogromne osiągnięcie.

W zeszłym sezonie zostały podjęte trudne decyzje m.in. o przekształceniu PLFA I w zamkniętą Topligę. Czy to słuszny kierunek zmian?

DT: Jedyny słuszny. Trzeba było odciąć się od drużyn, które są na innym etapie rozwoju. Z całym szacunkiem dla Falcons czy Lakers – Devils i Seahawks mają inne problemy organizacyjne i inne wyzwania przed sobą. Dawniej na spotkaniach ligowych często nie rozmawialiśmy o kwestiach istotnych z perspektywy klubów napędzających rozwój całej ligi. Powiedzmy sobie szczerze, że pionierzy zawsze mają najtrudniejsze zadanie, bo wytyczają nową trasę dla innych, którzy później idąc nią uważają to za coś oczywistego.

TT: Wiadomo, że w Toplidze też są kluby, które w jakiś tam sposób odstają, ale tak będzie zawsze. Chwała pozostałym za to, że chcą podnosić swój poziom i równać do najlepszych, a nie zadowalają się grą z drużynami potencjalnie słabszymi. Jutro oni mogą być w Toplidze.

DT: Topliga nie jest workiem z drużynami, jakim jeszcze nie dawno była PLFA, tylko liga złożona z konkretnych, wyselekcjonowanych, najlepszych w kraju ekip.

Czy to jest dobry moment żeby zainwestować w drużynę Topligi i przede wszystkim, czy warto?

JT: Gdyby nie moi synowie, nie poznałbym środowiska futbolowego i w ogóle nie brałbym pod uwagę możliwości zainwestowania w tym miejscu. Jednak dzisiaj, w momencie kiedy od kilku lat jestem już w to przedsięwzięcie zaangażowany nie wyobrażam sobie zakończenia współpracy, tak mnie to wciągnęło. Ba, jestem więcej niż przekonany, że nawet kiedy Dawid i Tomek przestaną już grać, ja dalej będę wspierał Devils, bo to świetna inicjatywa. Chciałbym żeby klub rozwijał się tak, jak moja firma…

TT: Tata chciałby zawsze wygrywać i być we wszystkim najlepszy. Jak w firmie mamy robić najlepsze kabanosy, a każdy produkt ma być najwyższej jakości, tak Devils mają grać najlepszy futbol.

Co można zrobić, aby przekonać poważnych przedsiębiorców do zainteresowania się futbolem w Polsce?

JT: Sami rozmawialiśmy z kilkoma, ale to trudne zadanie choćby z tego powodu, że kryzys jest bardzo odczuwalny w wielu branżach. Dość powiedzieć, że obserwując piłkarzy i inne dyscypliny można zauważyć, że też borykają się z podobnymi problemami. Uważam, że więcej spektakularnych wydarzeń takich, jak finał na Stadionie Narodowym może wzbudzić zainteresowanie sponsorów, dzięki czemu, gdy firmy poradzą sobie ze skutkami kryzysu, będzie łatwiej z nimi rozmawiać. Właśnie takie wydarzenia przyciągają uwagę inwestorów, którzy być może następnym razem, zamiast po raz kolejny wspomagać finansowo piłkę nożną, czy inne tradycyjne sporty, zainteresują się czymś nowym.

DT: Nie zmienia to faktu, że zamiast czekać na inwestora, każdy klub powinien szukać małych sponsorów w swojej okolicy na własną rękę. W momencie, kiedy pieniądze, których klub oczekuje nie są tak duże, o wiele łatwiej jest dobrze się sprzedać przekonując nie tyle przesłankami ekonomiczno marketingowymi, ile pozyskaniem sympatii sponsora. Ważniejsze jest wywołanie pozytywnego wrażenia i zdobywanie metodą małych kroków coraz większego wsparcia ze strony danej firmy, niż liczenie na to, że ktoś nagle podaruje nam wygrany los na loterii.

JT: Bardzo podoba mi się określenie, którego użył Dawid: wywołanie pozytywnego wrażenia to jest klucz. Jeśli przedsiębiorca poczuje sympatię do klubu, jego działaczy i zobaczy ich pasję i miłość do futbolu, to prędzej czy później sam się nią zarazi, czego ja jestem najlepszym przykładem.

Czy są jakieś działania, które liga ze swojej strony powinna poprawić, aby ułatwić klubom to trudne zadanie, jakim jest pozyskiwanie sponsorów?

DT: Przede wszystkim transmisje, albo przynajmniej skróty meczy z najlepszymi akcjami.

TT: My prowadzimy transmisję z każdego meczu domowego, a później udostępniamy skróty. Wszystko jest ładnie nagrane i zmontowane, oczywiście z komentarzem na odpowiednim poziomie.

DT: Wejście do telewizji np. z meczem kolejki, lub z magazynem ligowym to będzie kolejny duży, powiedziałbym nawet, że przełomowy krok do przodu. Jeżeli liga będzie swoim produktem bombardować potencjalnych inwestorów z każdej strony, wtedy oni poczują sens zaangażowania.

TT: Powinna pojawić się strona, na której kibic znajdzie archiwum meczów. Nie możemy pozwolić sobie na taką sytuację jak teraz, gdzie każdy może sobie poszukać co najwyżej na portalu Youtube. Wrzucane pliki nie są w żaden sposób zunifikowane, jedni wrzucają, inni nie i nie wygląda to wszystko profesjonalnie.

JT: Dla mnie bardzo ważny jest komentarz na meczu. Osoby, które przypadkowo ze znajomymi przyjdą zobaczyć mecz, muszą wiedzieć o co chodzi. Jeśli klub nie zadba o to, by się dowiedzieli – bardzo szybko się znudzą i nie przyjdą na następne spotkanie. Sędziowie często podają komunikaty po angielsku, ważne, aby ktoś przetłumaczył ich słowa i odpowiednio skomentował.

DT: Problemem jest fakt, że trochę za bardzo się ograniczamy do własnego środowiska a za mało staramy się masowo zainteresować nowe osoby.

Wracamy do klubowej codzienności. Czy posiadanie dużego sponsora w postaci firmy Tarczyński ułatwia pozyskiwanie tych mniejszych?

DT: No właśnie jest z tym problem, dlatego, że mniejsze firmy patrząc na sytuację Devils mają wrażenie, że skoro jest duży sponsor, to klub jest bogaty. Nie chcą też wchodzić we współpracę z obawy o to, że sponsor główny siłą swojej marki ich „przykryje”. Na pewno naturalną drogą jest budowanie stabilizacji finansowej klubu najpierw w oparciu o wiele małych źródeł finansowania, a dopiero później dokładanie tego największego. U nas było trochę na odwrót, przez co, wbrew pozorom, trudniej rozmawia się nam teraz z mniejszymi partnerami.

Duży sponsor inwestuje, ale też wymaga. Dzięki temu macie opinię jednego z najlepiej zorganizowanych klubów w kraju…

JT: Profesjonalizacja to uporządkowanie wszystkiego, od finansów, przez organizację, aż do aspektów sportowych.

DT: W Polsce gra się dla barw, a nie dla pieniędzy. Porównałbym to do gry dla uniwersytetów w NCAA. Dlatego też robimy wszystko, aby zawodnicy mieli pełen komfort treningów i mogli skupić się na podnoszeniu swoich umiejętności i grze dla Devils. Profesjonalne prowadzenie klubu jest absolutnie niezbędne, aby zapewnić zawodnikom ten komfort.

TT: Zawodnicy we Wrocławiu mają wybór pomiędzy dwoma czołowymi klubami w kraju, nie można tego lekceważyć.

DT: Wrocławska rywalizacja na pewno pod względem sportowym wpływa bardzo pozytywnie, ponieważ wyzwala dodatkową motywację do treningów, ale z drugiej strony jest bardzo męcząca. Na szczęście w ostatnim czasie zmalało troszeczkę natężenie internetowych wojen, które dawniej psuły wiele krwi.

Jesteście klubem, który wraz z Eagles najintensywniej inwestuje w szkolenie młodzieży. W tym sezonie wystawiacie aż cztery drużyny w: Toplidze, PLFA II, PLFA8 i PLFAJ. Ilu w sumie zawodników trenuje na co dzień w klubie?

DT: Około 150 zawodników i ogarnięcie ich na poziomie czterech drużyn jest naprawdę dużym wyzwaniem, ale warto to robić. Dla nas dzisiejsze wyniki pierwszej drużyny mają taki sam priorytet, jak plan wieloletni i szkolenie przyszłych gwiazd zespołu. Wiadomo, że zwycięstwa w Toplidze są najbardziej efektowne i przyciągają największą uwagę, ale nie chcemy dopuścić do sytuacji, w której zachwiana będzie kontynuacja gry wiodącego zespołu. Wiadomo, że starsi zawodnicy z różnych przyczyn, czy to zdrowotnych, czy rodzinnych kończą powoli kariery. Musimy mieć wartościowych zmienników, szczególnie na tych najbardziej deficytowych pozycjach w linii. Zawodnicy z kilkuletnim doświadczeniem wchodzący do pierwszego składu są od razu pełnowartościowymi, wykształconymi uzupełnieniami na boisku. Wystawiając ich nie musimy się obawiać, że zrobią sobie krzywdę stając naprzeciw ludzi, którzy grają już wiele sezonów.

JT: Dla nas ważne jest, żeby mieć zaplecze. Nie liczymy na to, że skądś przyjdą gracze i od razu zagrają w Toplidze. Staramy się zapewnić możliwie najlepsze warunki i taki zawodnik od początku nauczony i wychowany przez nas docenia to wszystko, czując się z klubem związany. Wiążemy z młodymi graczami duże nadzieje i wiemy, że przez długie lata będziemy mieli pociechę z ich występów.

DT: Szkolimy też trenerów, to kolejny ważny aspekt dla przyszłości klubu. M.in. w szkoleniu bierze udział Michał Rutkowski, a inni szykują się do pójścia w jego ślady. Staramy się przekonywać zawodników, którzy kończą swoje kariery żeby zostawali w klubie i powiększali swoje trenerskie umiejętności. Wychodzę z założenia, że trenerów nigdy za wielu. Jakość treningu wzrasta nieporównywalnie, kiedy każda z pozycji na boisku ma swojego opiekuna, poza tym im więcej osób będzie chłonąć wiedzę amerykańskich szkoleniowców, tym więcej jej u nas pozostanie, kiedy oni już wrócą do domu. Zresztą chyba mamy też dobrą rękę do szkoleniowców zza granicy, bo praktycznie wszyscy nasi dawni trenerzy do dziś grają główne role w innych klubach w Polsce. Jason Blasko jest trenerem głównym Zagłębie Steelers Interpromex, Mott Gaymon pracuje w Giants Wrocław, a Dimos Spiropoulos jest koordynatorem ofensywy w Warsaw Spartans. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale to właśnie w Devils stawiali oni pierwsze kroki w naszym kraju.

Dużo mówimy o szkoleniu własnych zawodników, ale działacie również na rynku wolnych agentów. W przerwie międzysezonowej Devils zostali wzmocnieni przez Arka Soberskiego, który grał wcześniej w Seahawks, a także Arka Kanickiego z Rebels.

DT: Jeśli chodzi o Arka Soberskiego to przeprowadzał się do Wrocławia i chciał dalej grać w futbol. Odwiedził treningi zarówno Giants, jak i nasze, i super, że wybrał Devils. Z Arkiem Kanickim sytuacja była trochę bardziej skomplikowana, bo on faktycznie nie planował związania swojego życia z Wrocławiem, ale z drugiej strony nie miał też jakichś mocno skonkretyzowanych planów. My uznaliśmy, że jako najlepszy linebacker poprzedniego sezonu jest ciekawym zawodnikiem, tym bardziej, że mieliśmy trochę kłopotów na tej pozycji. Ma już spore doświadczenie, a do tego jest młody, a więc perspektywiczny. Na początku musiał dostosować się do różnicy w treningach, bo tutaj wymagamy od niego nieco więcej niż to, do czego był przyzwyczajony. Mimo to szybko wpasował się w drużynę i jestem przekonany, że stanie się jej ważną częścią.

Czy te ruchy to świadome rozpoczęcie trendu na ściąganie wybijających się zawodników ze słabszych zespołów?

DT: Myślę, że tak. Ograniczona ilość obcokrajowców na boisku sprawia, że to doświadczeni krajowi gracze tworzą różnicę poziomu gry. Oczywiście nie jesteśmy jeszcze na etapie, aby proponować im jakieś kontrakty, ale pomoc w znalezieniu pracy, mieszkania, czy przeniesienie na studia, to dla wielu zawodników w Polsce interesująca opcja. Obserwujemy uważnie niższą ligę i takie działania na pewno będziemy kontynuować.

Na koniec nie zapytam was retorycznie kto zdobędzie mistrzostwo, ale chciałbym dowiedzieć się z kim chcielibyście spotkać się w finale na Narodowym, a na kogo absolutnie nie chcecie trafić?

DT: Chcielibyśmy zagrać z Seahawks Gdynia, gdyż jest to ubiegłoroczny mistrz Polski i uważam, że odebranie im tytułu w całej otoczce Stadionu Narodowego byłoby niesamowitą historią i marzeniem z perspektywy zespołu. Z drugiej strony nie chciałbym zagrać z Giants, bo finał wrocławski to jest coś, co już kilkukrotnie oglądaliśmy i w jakiś sposób się przejadło. Z Giants gramy dwukrotnie derby w trakcie sezonu zasadniczego i to wystarczy. W finale dobrze byłoby trafić na Seahawks.

– – – – –

Jacek Tarczyński

Właściciel firmy Tarczyński S.A., jednego z największych zakładów przetwórstwa mięsnego w Polsce. Wykwalifikowany rzeźnik, który swoją działalność rozpoczął wraz z żoną Elżbietą w 1990 roku. Pasjonat sportu, który bronił barw kilku klubów na pozycji bramkarza. Jego największym sukcesem sportowym była gra w drugim zespole pierwszoligowej wówczas Odry Opole, której szkoleniowcem był Antoni Piechniczek, a także.. zdobycie tytułu Mistrza Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego przez drużynę Devils Wrocław, której był głównym sponsorem.

Dawid Tarczyński

ur. 1987r., absolwent Wydziału Zarządzania i Finansów Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Od stycznia 2007 roku zawodnik Devils Wrocław, grający na pozycji WR. Jego sportowym idolem jest Wes Welker, a ulubioną drużyną NFL Green Bay Packers.

Tomasz Tarczyński

ur. 1989r., absolwent Wydziału Zarządzania i Finansów Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Od czerwca 2007 roku zawodnik Devils Wrocław na pozycji FB, a także OL. Zdecydowanie bardziej od obserwowania rozgrywek NFL woli samemu wybiegać na boisko.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Tarczyńscy – diabelsko futbolowa rodzina

  1. Łukasz Stępień pisze:

    Tekst bardzo ciekawy, czytałem go już w wersji papierowej w Extra Point.
    P.S.
    Z uwagi na to, że jest już po sezonie PLFA2, dobrze byłoby przeczytać na Twoim blogu podsumowanie sezonu. Widziałeś w akcji chyba wszystkie drużyny i jesteś obiektywny, więc to podsumowanie powinno być interesujące. Co Ty na to?

  2. kolec pisze:

    tesk swietny:) fajnie się czyta.. nie wiem czy to ta sama rodzina, ale jeśli tak to reklama z kabanosami leci zdecydowanie za często :D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


9 + osiem =

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>